Relacja z Warsaw Whisky Fest 2014!

Ufff, ciężki weekend za mną. Ale bardzo przyjemnie ciężki. Pomimo choroby, która jak na złość dopadła mnie na dwa dni przed festiwalem, pomimo pobudki o 4ej rano w sobotę, ‘lekko’ wydlużonej podróży, bo nie jechałem samochodem i zlądowania w domu w niedzielę przed 23cią zmęczenie równe jest prawie zeru. A to wszystko za sprawą tego, że pomimo moich kołaczących się po głowie obaw jak to będzie i jak to wypadnie, festiwal okazał się wielce udaną imprezą i każda chwila na nim spędzona była tego warta.


Po przybyciu do Warszawy, zameldowaniu się w miejscu gdzie miałem spać, ruszyłem w stronę budynku New City, gdzie WWF się zadomowiło (nocleg miałem dosłownie 3 minuty pieszo od festiwalu i to był strzał w dziesiątkę, żadnego szwędania się przez połowę Warszawy po męczącym dniu, if You know what I mean 🙂 ). W sklepie obok, niejako festiwalowym, pierwsze 24 osoby mogły zakupić w całkiem przyjemniej cenie limitowaną edycję Bowmore Devil’s Cask Batch II. Myślałem, że kolejki po tę butlę będą większe, jednak na kilkanaście minut przed otwarciem festiwalowych drzwi prawie 10 sztuk czekało jeszcze na swojego właściciela.

 

Drzwi festiwalowe otwarte, wchodzimy! Niewielka kolejka, obok szatnia (plus, bo na dworze mróz, a w środku mega ciepło, więc dodatkowe warstwy odzienia lub noszenie go w obładowanych już i tak rękach, to była by kara). No i ta niewielka kolejka z kilkunastu osób nieoczekiwanie długo się rozładywała. I tu mały minusik, bo Ci którzy zakupili bilety przez internet mieli być odhaczeni z marszu, a tutaj stali wszyscy w jednym ciągu. Ale nie było aż takiej tragedii, bardziej bałem się o to, że nie zdążę na masterclass Kavalana, który zaczynał się niebezpiecznie szybko od otwarcia festiwalowych drzwi. No ale udało się na spokojnie zdążyć. I tu niestety drugi minus, start masterclass opóźnił się o 20 minut, a dla mnie i myślę, że dla innych spragnionych takich whiskowych wydarzeń w Polsce to strata 20 minut, które można było już przeznaczyć na zapoznawanie się z ofertą imprezy (opis samego masterclass popełnię w osobnym poście).
Po zakończonym masterclass można było w końcu oddać się temu na co czekało się od kilku miesięcy – delektowaniu się whisky i obcowaniu z pasjonatami tego genialnego trunku.
I ja to jak zwykle, obszedłem całość, żeby wiedzieć mniej więcej co, gdzie i kiedy zaatakować i… sam do siebie: jakoś mało tego. Jakże wielce się myliłem. Jak się później okazało do zdegustowania i zapoznania się było naprawdę wystarczająco wiele destylatów. Wychodziłem z festiwalu 2 godziny przed jego końcem i myślę, że z 15% whisky, które jeszcze mnie interesowały nie spróbowałem.

O frekwencję też się troszkę bałem. Zwłaszcza pierwsze godziny festiwalu dawały ku temu podstawy. I tu znowu zaskoczenie, bo w miarę upływu czasu ludzi napływało, tak żeby w okolicach godziny 18ej w sobotę osiągnąć szczyt frekwencyjny i było po prostu tłoczno. W niedzielę było już spokojniej, o wiele. I można było się skupić na wyławianiu stoiskowych perełek, nierzadko pochowanych na tyłach/zapleczach/pod ladą. Można też było podejść jeszcze raz do whisky, które w sobotę zrobiły na nas wrażenie i dać im jeszcze raz więcej czasu na zadowolenie naszych kubków smakowych.
Z prozaiczno-pragmatycznych rzeczy. Wody butelkowanej do przepijania whisky, do dolewania do whisky, płukania kieliszków było pod dostatkiem (chyba na sam koniec w sobotę już wyszła, ale była dostępna ta w dzbankach na stoiskach). Było też gdzie ją wylewać, przez co nie było żadnego bałaganu. Jeśli takowy się robił, bo komuś np. zbił się kieliszek dosłownie w kilka chwil panie z obsługi, jak to się pięknie mówi, zarządzały bałaganem tak, że znikał. Także było czysto, żadnych walających się śmieci. Obsługa festiwalu uczynna, pomocna z tego co słyszałem od kilku osób, bo sam żadnej interwencji z jej strony nie wywołałem 😉

Duży plus za bankomat na terenie festiwalu, a także za możliwość płacenia kartą za vouchery, które potem były wymieniane na te mniej podstawowe i droższe sample whisky. Jedynie panie ‘od voucherów’ takie lekko nie gramotne i powodowały tam niekiedy niepotrzebną kolejkę, ale do zniesienia temat.
Na terenie New City dostępna dla przybyłych była również jadłodajnia. Zdecydowałem się coś zjeść ze znajomymi w sobotę no i nie zostałem powalony. Rozumiem, że natłok ludzi wymusza pewne ograniczenia. Menu było przycięte do dosłownie kilku pozycji, a to co jadłem nie wbiło mi się pozytywnie w pamięć. Ale nie oszukujmy się, nie przyjechałem na festiwal jeść 🙂 Żołądek został wypełniony, tak żeby biedna whisky nie musiała się odbijać od jego pustych ścian 🙂

Wystawcy.
Tak jak pisałem na początku, pierwsze wrażenie: mało. Ale to mało było wielce oszukane. Chociaż człowiek zachłanny stwór i zawsze mu mało, nieważne ile by nie dostał. Przyznam się bez bicia, że na wszystkich stoiskach nie byłem. Raz, z braku czasu, a dwa – nie wszystkie mnie interesowały. Skupiałem się na tych, które wydawały się oferować, to co mogło mnie zaciekawić maksymalnie. Chociaż podchodziłem też do tych, o których nie miałem zielonego pojęcia i kilka było festiwalowym strzałem w dziesiątkę.

Duncan Taylor.
Niezależny Szkocki bottler, o bardzo dobrej renomie. Mają dużo ciekawych wypustów i na to stoisko udałem się jako na pierwsze i spędziłem tam naprawdę sporo czasu. Stojący za ‘ladą’ jegomość był bardzo skory do rozmów, a samo stoisko oferowała sporo butelek, których można było skosztować w cenie festiwalowego biletu. Duży plus.
Kilka butelek z serii Octave oraz Dimensions (21-letnia Bunna przyjemna, 23-letnia Strathclyde – sprawdzę już w domu).
Stoisko bardzo pozytywne, dużo zainteresowanych i kilka moich tam powrotów. A doszły mnie słuchy, że po większym zmiękczeniu pana z DT spod lady polewał prawdziwe rarytasy 🙂

Samaroli.
Włoski niezależny bottler. Totalnie nieznane były dla mnie jego wypusty. Podszedłem z czystej ciekawości, obejrzałem butelki i uwagę przykuła jedna – 40-letnia Bunnahabhain 1974-2004. Bardzo ciekawa, nie oszałamiająca, ale inna i taka którą pamiętam do dziś. Lekkim niedosytem była mała moc z jaką ją zabutelkowano. Przez dwa dni próbowałem kilku whisky od Samaroli i na mnie zrobili pozytywne wrażenie. Nie oszałamiające, ale są jednym z pozytywnych zaskoczeń na festiwalu.

Best Whisky Market.
Stoisko naszego polskiego, rodzimego importera, sprzedawcy whisky oraz dystrybutora niezależnych bottlerów takich jak Malts of Scotland, Blackadder, czy Silver Seal.
Bardzo duży wybór naprawdę porządnych destylatów. Fakt, że trzeba było dodatkowo zapłacić za poszczególne whisky, ale ceny zaczynały się nawet od 5zł. Zaopatrzeni w buteleczki rozlewali na życzenie wybrane whisky. Także nie muszę chyba mówić, że jest co degustować w te długie, jesienne wieczory 🙂












































La Maison Du Whisky.

Stoisko totalnie przeze mnie pominięte w sobotę, niepozorne, niepozorny pan mówiący francusko-angielskim. Na stoisku rumy, koniaki, tasmańska i amerykańska whiskey. Szkoda, bo żadnej z tych akurat whisk(e)y nie spróbowałem. Ale spróbowałem coś, co mieli na widoku, a jednak jakby ukryte. Dwie butelki szkockiej whisky. W fantastycznych butelkach z serii Artist. Jedna z tych whisky, to prawdziwa perła. Aż po prostu nie do uwierzenia, że to 10-letnia whisky o mocy 58.8%, a mowa o Bunnahabhain z 2003 roku. Siedzi w głowie do dziś. Ambrozja, tyle powiem. Drugą bardzo porządną, ale jednak słabszą, pomimo 30 lat spędzonych w beczce była Caol Ila. Bardzo dobra Caol Ila. Obydwie, ale przede wszystkim ta Bunna, to mega zaskoczenie i z tych co piłem whisky festiwalu.

Suntory.
Moje ukochane japońskie samurajki. Troszkę się zawiodłem, bo w cenie biletu tylko dwie podstawki – NASowa Yamazaki i 12-letnia Hakushu. Za dodatkową opłatą m.in. 18-letnia Yamazaki, 17 i 21-letnia Hibiki. Miałem na koniec tą 21-kę sprawdzić, ale już nie zdążyłem/zapomniałem.

Obok Suntory, umiejscowiła się m.in. (stoisko Tudor House) destylarnia z jakże innego zakątka świata, szwedzka Mackmyra. Spróbowałem dwóch, czy trzech ich wypustów w tym ich pierwszej torfowej whisky i… nie moje klimaty, a torfik niewyczuwalny, ale jak to mówi mój festiwalowy współ-whiskopijca, odhaczone 😉
Na stoisku MBD, Bowmory: Small Batch, 12 i 15-letni. Auchentoshan 12-ka, Triple Wood i kilka Glen Gariochów. Ot, podstawki. Coś tam spiłem, tak żeby kieliszek źle się suchy nie czuł 😉

Na stoisku Kavalana kilka whisky do spróbowania, ale najbardziej ciekawiła ta, przez którą poszedłem na masterclass, a której tam nie wiem dlaczego, nie było. Ale drogą pantoflową doszły niektórych słuchy, że wersja torfowa Kavalana jest gdzieś na stoisku. Pilnował jej osobiści master blender i ambasador destylarni pan Ian Chang. Po chwili rozmowy udawało się nakłonić do nalania dosłownie kilku kropel tej niedostępnej w sumie na razie whisky (kupić ją można chyba jedynie we Francji).

Zatrważająco mało czasu spędziłem na stoisku Glenfarclas. Sam nie wiem dlaczego.. Miałem dwa krótkie podejścia. Spiłem wersję 10, 12 i 15-letnią, przejrzałem broszurki, a że pan Ian McWilliam jakoś taki małomówny był, poszedłem dalej. Mam nadzieję, że po prostu szczędził się na masterclass, który prowadził w niedzielę 😉

Zawiodło tym razem stoisko Ardbega i Glenmorangie – niewielkie, ale wytworne, z czarnym szklanym blatem, jednak w ofercie podstawki podstawek (no żeby Corryvreckan kosztował 25zł za kieliszek). Zamieniłem jedynie kilka słów z poznanym w JG miłym panem obsługującym i poszedłem dalej.

W Glenlivet i Aberlour nie było wcale lepiej. Stoisko szerokie i przepastne, a butelek jak na lekarstwo. Do posmakowania 12-letni Glenlivet, a 15 i 18-ka za dopłatą (!). Uśmialiśmy się ze znajomym lekko kiedy pan lejąc nam Aberlour 12 szczędził jej niemiłosiernie i tak oto otrzymaliśmy najmniejszego drama na festiwalu. Ale jest co teraz wspominać 🙂

W niedzielę, za namową znajomego, chwilkę spędziłem przy stoisku Lost Distillery. Niezależny producent whisky, który stara się odtworzyć niemal 1:1 whisky z zamkniętych, nawet przed stu laty destylarni. Nie wiem jak się na to zapatrywać i na ile ufać, że te whisky smakują tak jak przed wiekiem. Po spróbowaniu trzech z ich wypustów, osobiście ciężko mi w to uwierzyć 😉

Stilnovisti Investments – mój ostatni przystanek przed wyjazdem do domu. Na stoisku do spróbowania dwie whisky – Ledaig z 2005 i Clynelish z 1997. Ledaig, dymna bomba, zły nie był, ale ceny za butelkę młodych jednak whisky, zbyt wysokie. Z tego co pamiętam ok. 1000zł za Ledaiga. Całą wizytę na stoisku stał przy mnie pan nakłaniający mnie do zainwestowania w beczkę. Nie skorzystałem. Na razie 🙂
Aaa jeszcze warto wspomnieć, że miły starszy pan na stoisku Glengoyne miał w zanadrzu bardzo przyjemnego Laphroaiga SC z 1983 od Mackillop’s Choice.

To naprawdę tak pokrótce, opisane te stoiska, które oferowały najciekawsze whisky moim zdaniem. Tak jak pisałem nie wszędzie podchodziłem, bo czasu wbrew pozorom mi zbrakło. Poza tym stoisko z czekoladą, szampanem, rumem, czy też koniakiem nie interesowało mnie w ogóle 😉 Pewnie masę rzeczy zapomniałem i pominąłem, ale to z ogromu pozytywnych wrażeń, także powinno być mi wybaczone 😉
Cały festiwal uznaję za bardzo udany. Jak na pierwszy raz, wyszło niemal perfekcyjnie.
Wystawcy w dużej części pasjonaci, nie mieli problemu żeby pogadać i odpowiadać na pytania. Atmosfera przednia, poznani ludzie świetni, to były genialnie spędzone dwa dni.
W przyszłym roku oby nie było gorzej, a miejmy nadzieję, że będzie jeszcze lepiej! Tego organizatorom i sobie życzę. I do zobaczenia za rok!

  

Ostatnie wpisy:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *